poniedziałek, 31 sierpnia 2015

O tym jak prawie dostałam zawału przez listonosza.

Dzień dobry!
Mam nadzieję, że dla wszystkich dobry.


Dziś taka mała dygresja z życia. Siedzę sobie spokojnie w domu uradowana, że w końcu moje zszargane nerwy się nieco uspokoiły. Brat przynosi mi zawiadomienie, które znalazł w skrzynce. Sądowa przesyłka polecona, pouczenie o tym co też się stanie gdy nie odbiorę przesyłki w terminie, blablabla... Jednakże ja jak to ja, szczególnie, że w ostatnim czasie nerwy dziwnym trafem mnie zawodzą wpadłam sobie w panikę. Popłoch wielki, czułam się jakbym miała spłoszoną kurę w klatce piersiowej, która natychmiast chce się wydostać. I kurde, co za przesyłka sądowa? Nic nie nabroiłam, grzecznie siedzę w domku będąc sobie nolifem, świadkiem żadnych straszności nie byłam. Tak czy tak, jak wspomniałam, ostatnio ogółem stres bierze górę, więc i tym razem zdenerwowałam się nieco za bardzo.



Jadę z Mamą odebrać przesyłkę w miejscowym punkcie inpostu. Polecony z uczelni. No jasna ch... Mama pyta panią uprzejmie czy pani listonosz nie ma druków na normalny polecony, że mnie tak straszy sądową itd. No chyba ma druczki. Ale psia mać, sobie ich nie używa. Bo po co jak ten ma na wierzchu?

Z tego co wyczytałam w bezkresnym internecie, nie tylko ja miałam takie przygody z inpostem, nie tylko ja się tak denerwowałam. Także słowem końcowym, jakby i Wam zdarzyło się coś podobnego, pamiętajcie, że zamiast pisma sądowego równie dobrze mogliście dostać papiery z uczelni, albo kabel od telewizora.

Miłego dnia!

Do napisania,
Nika

2 komentarze:

  1. No cóż, następnym razem można dorwać panią listonosz i nieźle ją objechać, ja bym tak zrobiła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mama ją spotkała, więc już swoje na ten temat powiedziała :P

      Usuń

Dziękuję bardzo za uwagę. Zostaw po sobie ślad, będzie mi jeszcze milej widząc, że tu byłeś/aś. :)