poniedziałek, 22 lutego 2016

Valentine Book Marathon - Wrap up

Hej, hej Kochani!
Postanowiłam nie robić oddzielnych postów na każdy dzień i tylko bezczelnie zerżnąć pomysł jednej z Was (nie pamiętam czyj pomysł podbieram niestety). Zrobię jeden post, będę go aktualizowała raz dziennie z moimi postępami i na koniec tylko zmienię datę na po maratonie.

Dzień 1
Zaczęłam po północy i słuchałam do 4 nad ranem, tym samym kończąc Little Women. Muszę przyznać, maraton zaczął się świetnie, piękna książka.
+139 str.

Później nie było już tak kolorowo, bo trafiłam na Obsydian, którym byłam podekscytowana, ale się rozczarowałam. Udało mi się jednak wysłuchać 2/3 przymusem, ale będę szczera, to było okropne, a dokańczać będę z przymusem, przeskakując przez końcówkę. 
+212 str. 

Zaczęłam też książkę Jamesa Maya. Muszę przyznać, że nie jest to książka do przeczytania na jedno posiedzenie, ale zaczyna się naprawdę ciekawie i z chęcią ją skończę.
+42 str.

Czyli razem 393 strony.

Dzień 2
Dokończyłam Obsydian. Pozostawię tę książkę bez komentarza na ten moment, napisałam oddzielny post, który zdecydowałam się opublikować dziś wieczorem. (Już jest, o <tutaj>)Ooooj czuję, że dostanę za niego baty, ale naprawdę nie będę ściemniać ani wychwalać czegoś, co w mojej opinii nie zasługuje na to wychwalanie.
+123 str.

Poza książką, którą wolę wymazać ze swojej pamięci na stałe, zaczęłam i skończyłam słuchać Pamiętnika Nicholasa Sparksa. Po tym co mój biedny umysł znosił po wcześniejszym klumpie, dostałam piękną książkę, z prawdziwą, szczerą miłością. Ukoiła moje zszargane przez Obsydian nerwy, wzruszyła do łez. Po więcej na ten temat zapraszam w następny wtorek.
+214 str.

Tego dnia sięgnęłam też po książkę, której w moim TBR nie było, ale zaczęłam ją przed maratonem, to i wypadałoby ją w końcu skończyć. Mowa tu o A Nurse at War Maggie Holt. Czytałam ją wcześniej bardzo wolno, bo do pewnego momentu tłumaczyłam każde nieznane mi słowo i uczyłam się tego na bieżąco. Jak wiadomo, przy ilości średnio 8 słów na stronę przeczytanie 520'stronnicowej powieści jest nieco trudne, nawet jeśli książka wciąga.
+30 str.

Tego dnia dobiłam do 760 stron w ciągu maratonu i 3 skończonych książek.


Dzień 3

Dziś było nieco spokojniej. Troszkę zmartwień przyszło, jak i nastrój maratonowy nieco ostygł, choć czuję, że jutro będzie jeszcze lepiej niż było. No i zapowiada się godzina w pociągu.

A Nurse at War +37 str.


Zaczęłam też Jedź, módl się, kochaj. Nie powiem, ma coś w sobie. Może nie wciągnęła mnie tak, żebym koniecznie chciała wiedzieć co dalej, ale nie zmuszam się do słuchania.
+137 str.

Dziś nie skończyłam żadnej książki, ale i tak jestem z siebie zadowolona, bo 174 strony jednego dnia, to nie tak mało.

W ciągu tych trzech dni razem przeczytałam 934 strony.


Dzień 4

Jak krew z nosa idzie, ale co poradzić, życie prywatne nieco uniemożliwiło czytanie. Nawet nie bardzo wiem czy będę w stanie kontynuować maraton przez weekend.


A Nurse at war
+23 str.


Eat, pray, love
+91 str.


Podsumowując, dnia czwartego 114 str., a łącznie 1048 stron.


Dzień 5
Znów szybciutko.
Eat, pray, love skończone.
+106 str.

A Nurse at War
+15 str.

Tym samym na ten moment 4 książki skończone, a łącznie 1169 stron.

Dzień 6
Przestałam walczyć już z fioletową czcionką. Nie wiem co jest nie tak z tym postem, no ale jak się zepsuło, to nie mogę naprawić. Taki jego urok, taki niech pozostanie.

W dniu 6'tym miałam ambitny plan skończyć A nurse at war, jednakże miłość wygrała i po kilku przegadanych z Kotełem godzinach na skype, dałam za wygraną. Zostało tylko 67 stron, więc jutro dokończę i i tak będę szczęśliwa.
+136 str.

Tym samym kończąc maraton, skończyłam 4 książki w całości, jedną niemalże całą skończyłam, a leżała kniga u mnie od wieki wieków. W ciągu tych 6 dni przeczytałam łącznie 1305 stron.


Kochane/ni, dziękuję za świetną zabawę, miło mi było nadgonić z zaległościami w dobrym towarzystwie i może nieco porywalizować (to zawsze mnie motywowało :D ). 



Do następnego razu!
Nika

czwartek, 18 lutego 2016

Rozpętam g****burzę, czyli Obsydian - Jennifer L. Armentrout

Lekko przygłupia małolata, przystojny, arogancki chłopak z jakąś tajemnicą typu: wilkołak, kosmita, wampir, wymieszajmy to z zakazanym romansem, dodajmy jeszcze jakieś niebezpieczeństwo zagrażające młodym, najlepiej przez ich związek i BUM! Mamy przepis na sprzedajną młodzieżówkę.



Schematyczność, to chyba jedyne, co jestem w stanie z siebie wykrzesać po tej lekturze. Deamon... Nadzwyczaj mocno kojarzy mi się z Damonem Salvatore. Szczerze, są prawie że identyczni, poza faktem, że jeden to wampir, drugi kosmita. No i Black kojarzy mi się raczej ze słabą imitacją Salvatore. 

Katy za to jest typową przedstawicielką swego gatunku. Głupiutka małolata, pakująca się w kłopoty bez przerwy, tak jakby nie miała za grosz instynktu samozachowawczego. Ćma, Katy jest taką ćmą, lgnie do ognia, wiecznie się pakuje w kłopoty i doprowadza tym czytelnika (a przynajmniej mnie), do szału. Jej głupota zwyczajnie mnie przeraża. Czegokolwiek by nie robiła, zrobi to całkowicie bezmyślnie wpadając przy tym w kłopoty, podczas gdy jej książę na białym koniu musi ją wiecznie ratować. 

Poza głupotą bohaterki, denerwowały mnie także jej reakcje. Facet jej mówi, że jest kosmitą? Ok, whatever. A co na obiad? Przyjaciele jej każą uważać na chłopaka, który ewidentnie nie chce dla niej niczego dobrego? A wypnę się na nich, nie będą mi mówić jak mam żyć! Zero racjonalnych reakcji, myślenia. W takich momentach miałam ochotę rzucić tę książkę w cholerę i zająć się czymś lepszym.

Fabuła jest zwyczajnie płytka. Wszystko sprowadza się do starego schematu, o którym wspomniałam na początku. Bad boy, który okazuje się być dobry, choć niefortunnie jest jakimś wilkołakiem czy innym nie wiem czym, niezbyt inteligentna dziewczyna i romans. Żeby ten romans był chociaż sam w sobie ciekawy, nie. Jest tak nudny jak same flaki z olejem. A to dlatego, że wszystko co się działo w książce byłam w stanie przewidzieć. 

Nawiązując do fabuły i porównań tej sagi do Zmierzchu, nasuwał mi się przez całą książkę cytat Stephena Kinga:

Harry Potter jest o przezwyciężaniu strachu, znajdowaniu wewnętrznej siły
i robienia tego, co jest słuszne w walce z przeciwnościami.
Zmierzch jest o tym, jak ważne jest to, by mieć chłopaka.

Co prawda, zmierzchu nie czytałam, ale taki był główny  cel tej książki. Nie widziałam w niej nic więcej. No może poza promowaniem chorych relacji między dziewczyną a chłopakiem, bo czymś normalnym bym tego nie nazwała. Facet jest zwyczajnie aroganckim dupkiem, a dziewczyna wciąż się nim zachwyca. Gdzie tu sens, gdzie logika? Ba, całą książkę miałam wrażenie, że to jego zachowanie jest ukazywane jako właściwe. Łobuz kocha najmocniej? No nie sądzę.

Okej, może Obsydian nie był aż tak tragiczny, ale na pewno nie była to dobra książka. Powiedziałabym raczej, przeciętna. Dobra, bez mydlenia, nie podobała mi się, ani trochę. Nudziłam się, wydarzenia były strasznie przewidywalne, dialogi dość... drętwe? A może to głupota (wybaczcie, że głupota, głupia, głupiutka powtarza się tu tak często, nie mogę inaczej) głównej bohaterki denerwowała mnie na tyle, że nie byłam tego w stanie znieść? Ewentualnie tak bardzo przejadł mi się schemat naiwnej dziewczyny rozpływającej się na widok przystojnego, tajemniczego i sarkastycznego faceta. Prawie że wszystko denerwowało mnie w tej książce, tym bardziej dialogi. Może najzwyczajniej w świecie nie miałam ochoty na powieść tego typu? W końcu czytywałam podobne, jednak nie denerwowały mnie, nawet się podobały. Ot, coś lekkiego dla odmóżdżenia się. W tym jednak wypadku, cudem dotrwałam do końca. 

Jednakże końcówka była już nieco lepsza. Coś się zaczęło dziać, postacie mnie aż tak nie denerwowały, więc dokończyłam. Jednak Deamon wciąż pozostał dupkiem, a Katy mało bystrą małolatą.

Od samego początku wszystko mnie w tej książce denerwowało, postanowiłam jednak dać jej szansę. W końcu tylu ludzi się nią zachwyca. Teraz powiem tyle, że szkoda, bo mogłam przeczytać coś co bardziej umiliłoby mi czas, wniosło jakiś morał do życia, zamiast niesmaku i rozczarowania. Nawet mimo lepszego końca, nie podobało mi się niestety.

Jak się pewnie domyślacie, nie mam najmniejszego zamiaru sprawdzać czy kolejne książki z tej serii są lepsze.


Kończąc całą moją długaśną wypowiedź mającą na celu wyładowanie moich kłębiących się emocji (niestety na pewno nie pozytywnych) dodam jeszcze, że nie mam nic do samej autorki, ani do fanów tejże serii. Wiem jak to bywa w wypadku popularnych serii, że fanki obrażają się gdy ktoś skrytykuje ich ulubioną książkę, niemniej jednak, każdy ma swój gust. Ja chyba zwyczajnie jestem za stara na serię Lux, bo podejrzewam, że Weronika sprzed 5 lat byłaby nią zachwycona.

wtorek, 16 lutego 2016

Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska

Ida jest medium, w dodatku takim, które ma wyjątkowo w życiu przechlapane. Cóż gorszego może być od widzenia dzień w dzień umarłych, rozmawiania z nimi, a na dodatek przewidywania czyjejś śmierci przez wyśnienie jej, kiedy wcale a wcale nie chce się tym medium być? Jakby tego było mało, musi taką duszę przeprowadzić w zaświaty.

A więc o problemie Idy już wiecie. Wiecie też, że Ida nie bardzo ma ochotę mieć cokolwiek wspólnego ze swoim darem. Jej rodzice jednak mają nieco odmienne zdanie na ten temat. Dziewczyna pochodzi ze znanej rodziny magicznej, prawdziwych VIPów w dziedzinie magii. Pech chciał, że Ida, dziecko, które było "niezbędnym minimum" do przetrwania rodów Brzezińskich nie ma ochoty wykazywać żadnych zdolności magicznych. Po latach zmagań z rodzicami Ida stawia na swoje i wyjeżdża na studia do Wrocławia. Jej Pech zaciera ręce z radości, teraz ma pole do popisu. Dziewczyna, która wyrwała się spod rodzicielskiej opieki szybko wpada w kłopoty, a w dodatku musi się uporać z masą duchów, które lgną do niej jak ćmy do ognia. Jej marzenia o normalnym życiu bez dziedzictwa Brzezińskich legną w gruzach. Od teraz Pech ściągnie na nią duchy, czarną magię i inne, niezbyt przyjemne rzeczy.

Szamanka od umarlaków to debiut Martyny Raduchowskiej, muszę przyznać, że według mnie, całkiem udany. Czekałam dwa lata na tę książkę, szukając jej wszędzie, aż po przeprowadzce trafiłam do elbląskiej biblioteki. Warto było czekać? Może nie jest to książka wybitna, jednak cieszę się, że udało mi się ją przeczytać.

Pani Martyna ma tę lekkość pisania, która sprawia, że czyta się naprawdę szybko, bez oporów. Nie ma zbędnego przynudzania, przydługich opisów czy historii babci dziadka matki ojca. Jest odrobina napięcia, jest też humor i całkiem przyjemne do czytania dialogi z dozą sarkazmu, tak jak lubię.

Cóż mogę powiedzieć o postaciach... uwielbiam Teklę. Bezapelacyjnie, to jest moja ulubiona postać w tej książce. Nie będę może za wiele mówić, jednak kto przeczyta, ten zrozumie. Sama zaś Ida jest dziewczyną z charakterkiem, nie dającą się tak łatwo stłamsić, co bardzo w niej lubię. Działa dość impulsywnie. Cóż, przynajmniej dzięki jej temperamentowi więcej się dzieje.

Czy jeszcze do ciebie nie dotarło, że wpadłaś jak śliwka w gnój?

Co do fabuły, może nie powala na kolana swoją zawiłością, jednak wszystko jest na swój sposób spójne, według mnie na pewno nie nudne ani szczególnie przewidywalne. Pokazuje to chociażby to jak szybko przeczytałam tę książkę.

Raz kozie śmierć, raz duszy niebyt.

Mimo, że Demon luster jest lepszą książką według mnie, to nie ujmuję tutaj Szamance. Jeśli szukacie czegoś lekkiego z nutką dreszczyku i odrobiną sarkazmu, to serdecznie polecam.

PS Czytajcie serię od pierwszego do ostatniego. W poście o Demonie wspomniałam, że to bez znaczenia, jednak widzę, że warto byłoby czytać od początku.

❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀ ❀
Właśnie zaczęłam maraton czytelniczy. Udało mi się skończyć Małe kobietki, teraz zabrałam się za Obsydian. Muszę powiedzieć tyle, że słuchanie jest straszne póki co, a to nie za sprawą tego, że ciągle zacina mi się audiobook, tak jakby wiedział, że się męczę i stwierdził "a ulżyj sobie kobieto, wyłączę ci to".

poniedziałek, 15 lutego 2016

Valentine Book Marathon z KittyAilla i Suomi Anne 16.02.-21.02.

zdjęcie z tapeciarcia.pl
Witam!
W związku z nadchodzącym maratonem czytelniczym moja ekscytacja rośnie, a co za tym idzie czas najwyższy przedstawić Wam mój TBR!

Mam nieco do zrobienia w tym czasie, jednak rzeczy nie wymagających ode mnie zbytniego myślenia, więc spokojnie będę mogła słuchać audiobooków. No i biorąc pod wzgląd mój wzrok, to też będzie lepsze rozwiązanie.

Bez zbędnego gadania, moje plany czytelnicze na 16.02.-21.02.:





Little Women Louisy May Alcott jako klasyk z motywem miłości. Nie wydaje mi się, by był to taki romans z prawdziwego zdarzenia, jednak miłość ma wiele wymiarów, a ta z pewnością wypełnia karty tej powieści. Zaczęłam już słuchać wcześniej i uznałam, że po prostu dokończę w czasie maratonu. Na dzień dzisiejszy pozostało mi 276 stron.









The Notebook Nicholasa Sparksa, czyli typowy romans. Trafiłam na audiobook po angielsku, więc czemu nie? Już od jakiegoś czasu chciałam przeczytać tę konkretną książkę, z tym, że zależało mi na angielskiej wersji. Chciałam, mam. Mam nadzieję że to 215 stron mnie nie zawiedzie.








James May i jego wspaniałe maszyny to dokładnie ta książka, w której okładce zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Kwintesencja May'a i samego Top Gear'a. Mój brat przyniósł tę książkę do domu jako zdobycz z Biedronki i jak już przeczytał, to jak mogłam jej mu nie podebrać? Tym razem 400 stron tekstu i obrazków, które wiem, że mnie wciągną, mimo że nie jestem zbyt zainteresowana motoryzacją, ani mechaniką.






Eat, pray, love Elizabeth Gilbert i tutaj moje małe oszustwo językowe, bo tutaj love jest czasownikiem, powinien być rzeczownik, ale ciiiiii... Wy nic nie wiecie ;) 334 strony po których nie mam bladego pojęcia czego się spodziewać, ale liczę, że będą naprawdę dobre.










Obsidian Jennifer L. Armentrout i tym samym mamy parę na okładce! Znów niewiele wiem, poza tym, że słyszałam porównania do Zmierzchu (którego nie czytałam) i coś o kosmitach, no i 335 stron. Najciekawsze w tym jest to, że obejrzałam chyba kilka recenzji, a nic nie pamiętam... tym zabawniej będzie! :D




Same audiobooki, jedna książka w papierze. Pomijając Little Women, bo nie wiem ile jeszcze wysłucham, przede mną 1284 strony wspaniałości. 

A Wy co planujecie przeczytać w tym czasie? Dajcie znać w komentarzach, lub podrzućcie linki do swoich blogów. 

No i podstawowe pytanie, czy lubicie tego typu zabawy i czy macie w ogóle zamiar brać udział?

Do następnego! 
Nika

niedziela, 14 lutego 2016

Amelia

Dziś dość nietypowo z okazji walentynek, bo tym razem film i to nie byle jaki. Moja ulubiona, filmowa historia miłosna.

Nie jestem kinomanem, co to to nie. Od czasu do czasu jednak mam ochotę coś obejrzeć, zwykle muszę pauzować film co chwilę, a w kinie dostaję szału i zwykle mam ochotę po prostu uciec, bo nie mam jak robić swoich zwykłych przerw. Z tego względu do kina chodzę bardzo rzadko, a jeden film oglądam nawet przez tydzień.

zdjęcie z filmweb.com
Jak się domyślacie zapewne, zupełnie inaczej było z Amelią Jean-Pierre Jeuneta. Przyjaciel polecił mi ją na poprawę humoru i leczenie złamanego serca. Nie mylił się, skubany. Nie tylko film poprawił mi humor, ale zaraził swoją magiczną atmosferą i do dziś, po dwóch latach w głowie rozbrzmiewa mi ścieżka dźwiękowa, która idealnie podkreśla bajkową atmosferę. To jedno z tych dzieł, do których się wraca. Obejrzałam Amelię już kilka razy, w różnym nastroju i wiem, że zrobię to jeszcze wiele razy i za każdym razem zostawi to samo uczucie zadowolenia i zapomnienia o problemach.

Na początku poznajemy historię Amelii, kelnerki, dziewczyny, która nigdy specjalnego szczęścia nie zaznała. Jej matka popełniła samobójstwo, ojciec wychowywał ją samotnie, a w dodatku zabraniał jej bawić się z innymi dziećmi "ze względu na jej słabe zdrowie". Jeden dzień jednak zmienia jej życie, po tym jak znalazła stare, blaszane pudełko skryte wiele lat temu przez chłopca w mieszkaniu, w którym obecnie żyje. Gdy dostarcza teraz już dorosłemu mężczyźnie pudełko i widzi szczęście na jego twarzy, Amelia decyduje, że od tego dnia będzie uszczęśliwiać ludzi.

Może nie będę już zbyt wiele pisać, bo naprawdę nie jestem w stanie oddać tego, jak dobry jest ten film. Po prostu obejrzyjcie sami, z pewnością nie będziecie żałować.

A teraz zostawiam Was sam na sam z tym cudownym soundtrackiem!



Do napisania!
Nika

środa, 10 lutego 2016

Książę mgły - Carlos Ruiz Zafón



Przez zaczynającą się właśnie wojnę, rodzina Carverów przeprowadza się do małego, nadmorskiego miasteczka. Maks i Alicja, najstarsi z trojga rodzeństwa nie są zachwyceni pomysłem rozentuzjazmowanego ojca, tym bardziej, że w domu w którym mając zamieszkać mieszkała wcześniej rodzina, której jedyny syn umarł. Wkrótce poznają Rolanda, przybranego wnuka latarnika i szybko zaprzyjaźniają się z nim. Trójka młodych ludzi musi stawić czoła potężnemu Księciu mgły i odkryć tajemnice przeszłości.

Nie spodziewają się, że zmiana zamieszkania wiąże się dla nich ze śmiertelnym niebezpieczeństwem i odkryciem istnienia magii. Nadchodzące wydarzenia mają sprawić, że dorosną i zmienią się już na całe życie.

Nie jest nowością, że Zafón stworzył coś niezwykle pięknego. Ta książka to prawdziwa perełka, może nie tak rozbudowana jak np. Cmentarz zapomnianych książek, jednak przez to o wiele bardziej przystępna. Autor czaruje nas słownictwem, bawi się nim, a przy tym robi to tak sprawnie, że czytając dosłownie płynie się przez książkę (pomińmy tu fakt, że słuchałam audiobooka). Książę mgły zaczarował mnie tak, że pochłonęłam tę powieść na jedno posiedzenie. Idealna doza lekkiego napięcia, ale i też humoru sprawiły, że nie mogłam się od tej powieści odkleić.   

Na samym początku autor wspomina, że chciał stworzyć opowieść, którą cieszyłyby się osoby w każdym wieku. Zdecydowanie się zgodzę, jednak odradzałabym Księcia mgły jako lekturę dla młodszych dzieci, które niestety mogłyby się nieco zbyt wystraszyć, ale reszta czytelników w każdym wieku znajdzie tu nie tylko wciągającą historię, ale też naukę.

''Ale błędem, poważnym błędem jest wiara w to, że można ziścić swoje marzenia, nie dając nic w zamian. Nie wydaje ci się? Powiedzmy, że nie byłoby to sprawiedliwe.''

wtorek, 9 lutego 2016

7Read Up - Podsumowanie

Hej hej!

Może bez zbędnego przedłużania, w ciągu tego maratonu czytelniczego przeczytałam:
Igrzyska Śmierci Suzanne Collins (audiobook) - 352str.
Szamanka od umarlaków  Martyna Raduchowska - 383str.
A Nurse at War  Maggie Holt - nadrobiłam 56 stron, do końca wciąż daleko.



Przez Igrzyska... zarwałam nockę, nie spałam ani godziny słuchając, oczywiście noc przed egzaminem, ale nie żałuję, o nie!

Co prawda nie dałam radę wykonać żadnego z zadań, nie doczytałam do ponad 7cm grzbietu (wyszło mi 4,9cm), ani nie "wyczytałam" swojego imienia, to i tak dwie książki w tydzień to dla mnie świetny wynik.

Miło mi było, dzięki wielkie Martha!

Do napisania!
Nika

poniedziałek, 8 lutego 2016

Czytelnicze podsumowanie stycznia 2016

Witam w ten piękny dzień!
Za oknem w końcu słońce, z tego wszystkiego chyba sobie wyjdę na spacer (w moim przypadku nowość).

A póki co, przychodzę do Was ze styczniowym podsumowaniem. Jak chyba wiecie, sesja za mną, wszystko zdane, szczęśliwa jestem, że ten armagedon za mną. Oczywiście przez egzaminy miałam ograniczony czas na czytanie, więc wynik powalający nie jest, ale jak na mój ostatni czytelniczy zastój, jestem zadowolona.

W styczniu przeczytałam:



  • Dubliners Jamesa Joyce'a - tak naprawdę to skończyłam słuchać dwóch ostatnich historii z tego zbioru. Nieco więcej powiem w nadchodzącym poście.
  • Pani Jeziora Andrzeja Sapkowskiego - a to oznacza napisanie posta o całej sadze, jak planowałam. Nie oczekujcie go szybko, zwyczajnie boję się go napisać, tak bardzo podobała mi się cała seria.
  • A Study in Scarlet Arthur Conan Doyle - co tu dużo mówić, klasa sama w sobie. Darmowy audiobook pochodzi z loyalbooks, serdecznie polecam, genialny lektor.
Tak więc mimo, że styczeń był dość ubogi, to trafiłam na naprawdę dobre książki. Patrząc też na moje postanowienie, czyli 3-4 książki miesięcznie, jestem na dobrej drodze.

Do napisania!
Weronika G.

środa, 3 lutego 2016

7ReadUp #dzień2

Hej hej!
Nie spałam dziś, wybaczcie mi nieogarnięcie. A nie spałam przez Igrzyska śmierci. 
Jak dobrze pewnie wiecie, zawsze czytam kilka książek na raz, w tym słucham audiobooków (o tym czemu, wady, zalety etc. może opowiem w innym poście), które mi zwykle wypełniają luki czasu, kiedy wykonuję bierne czynności, co się równa większa ilość przeczytanych książek i umilony czas. A tym razem wyszło nieco inaczej, kiedy chciałam przed snem się odprężyć i posłuchać wyszło tak, że o 7.20 skończyłam całą książkę, jest 8.30, a ja za półtora godziny mam egzamin. Nie pozostaje nic jak mi życzyć szczęścia.
Więc na dzień dzisiejszy łącznie przeczytałam (bądź wysłuchałam) 357stron, co daje 2,23cm stosiku.

I to na tyle, trzymajcie kciuki ;)
Nika

wtorek, 2 lutego 2016

7ReadUp - sesja, sesja i nie mam TBR #dzień1

Dzień dobry!

Sesja pełną parą... no okej, wszystkie egzaminy miałam przed sesją, został tylko ten z historii i męczę się z datami od soboty. Jak wiadomo, kucie nieco utrudnia mi możliwość czytania książek. Chciałam do mojego TBR wliczyć An Ilustrated History of Great Britain, ale nie dam rady jej przeczytać dziś, a nie wierzę, że ruszę to po egzaminie, o ile nie trafi mi się poprawka (daj Boże nie).

Zasady są proste, z resztą wytłumaczone <tutaj>
Mogłabym pójść ambitnie i chcieć skompletować całe swoje imię, jednak 8 literek=książek, to sporo jak na 5 dni czytania (bo dwa stracone na egzamin). Z tego względu mój TBR będzie się składał z książek tworzących NIKA.

A pierwszego dnia poszło mi tak:
N - A Nurse at War Maggie Holt - 5str. bo czytam jednocześnie wypisując nieznane słowa (znów po angielsku), więc zjada sporo czasu, a jak wiadomo, sesja.
I - Igrzyska śmierci Suzanee Collins - 1h22min słuchania. Zaczynam rozumieć popularność tej książki i żałuję, że słucham jej tylko przed snem.

Wychodzi 0,3cm stosiku...
Mogło być lepiej, ale i tak jestem zadowolona, myślałam, że wczoraj nie dam rady przeczytać nic.

Do następnego Kochani!
Nika