środa, 6 kwietnia 2016

Nauka angielskiego z książek - da się? Nauka czytania po angielsku Q&A


Wiecie dobrze, że książki kocham. Wiecie także, że uwielbiam języki obce, ba, studiuję filologię angielską i dodatkowo uczę się niemieckiego, ale o tym może dokładniej za jakiś czas. Można powiedzieć, że jakieś doświadczenie pod kątem nauki języka mam i mimo, że do ekspertów nie należę, to chętnie odpowiem na Wasze pytania zadane pod moim postem w grupie Bookathonowej, za które serdecznie Wam dziękuję.

Tego pytania chyba nie było, więc zanim zacznę powiem jeszcze szybko, że do tej pory przeczytałam 24 książki po angielsku, z czego 3 całe fizyczne i dwie, które do połowy czytałam w formie e-booka, a później dokończyłam słuchając ich.


Do pytanie pierwszego, tak. Zawsze czytam dłużej niż po polsku jeśli sięgam po książkę typowo do czytania, a nie audiobook. Jeśli czytam w danym czasie naprawdę dużo tekstów anglojęzycznych, czy też zwyczajnie książka mnie wciągnęła i siedzę nad nią już x godzinę, to to tempo znacząco zbliża się do tego, które mam po polsku. Wychodzi to w sumie też z tego, że ja sama w czasie czytania lubię analizować jakieś struktury gramatyczne itd., więc oczywiście więcej czasu mi zajmie samo czytanie. Też jeśli chodzi o naukę słów z książek, to pochłania najwięcej czasu i powoduje, że samo czytanie wydłuża się kilkukrotnie, bo wolę przeczytać np. 15 stron, nauczyć się z nich słówek i dalej czytać. (O tym, dlaczego tak robię i jak dokładniej uczę się słownictwa z książek chciałam napisać w ogóle oddzielny post). Jak wiadomo, może to nieco zniechęcać, kiedy wszystko trwa tak długo, ale naprawdę warto się przemóc, bo z każdą kolejną książką idzie coraz szybciej.

Co do drugiego pytanie, po ilości przeczytanych przeze mnie książek moglibyście sugerować się tym, że jest to audiobook, lecz nic bardziej mylnego! Lubię wszystkie formy tak samo, ale każda z nich sprawdza się w innym momencie. Ebooki dają mi możliwość szybszego i wygodniejszego czytania kiedy tłumaczę słówka, książka mi się nie zamyka jak po niej piszę (o zgrozo), a w dodatku wiele czytników ma wbudowany słownik, co już samo w sobie jest zaletą. Audiobooki to moje "umilacze czasu" i nie widzę specjalnie dużej różnicy czy słucham po polsku czy po angielsku, poza tym, że niektóre słowa mi umkną. Traktuję je zupełnie inaczej niż ebooki czy książki tradycyjne. Nauczyły mnie słuchać ludzi z różnym akcentem, mówiących bardzo szybko i bardzo wolno, kiedy nagranie jest słabej jakości, więc za to chociażby je lubię. No i fakt, na słuchaniu na studiach też mi to pomaga :D Książki tradycyjne po angielsku? Ok, ale przy długiej książce można zwariować kiedy się tłumaczy słowa, lepszy wtedy jest ebook. Dlatego traktuję je jak polskie książki bardziej, tłumaczę ew. słówka z co którejś strony, albo pierwsze 50, bo naprawdę milej mi siedzieć pod kocykiem i się cieszyć książką bez przejmowania się, że jakieś słowo mi umyka. 
Każda z tych form w jakiś sposób rozwija, kształtuje słuchanie, wzbogaca słownictwo, ćwiczy rozumienie tekstów pisanych bez konieczności znania każdego słowa.



Po prostu ćwiczyć, nie ma innej metody. Jeśli się nie zacznie, to oczywiście nigdy się nie osiągnie dobrego rezultatu. Dobrze jest zacząć od artykułów, bo są krótkie, potem się zabrać za proste książki dla dzieci i co książkę zmieniać stopień trudności. Im więcej się przeczyta, tym potem łatwiej, tym bardziej język się rozwija i łatwiej go używać w tym konkretnym aspekcie, czytaniu znaczy się. :) Oczywiście kiedy dojdzie się do naprawdę dobrego poziomu to kwestia indywidualna, ale tak czy tak, co książka, to szybsze tempo.



Śmiem twierdzić, że bez czytania nawet się nie da. Czytanie wzbogaca słownictwo, nie tylko po polsku. Czytając po angielsku poznasz wiele nowych słów, nauczysz się ich używać, tak naprawdę to jedno słowo, które na początku książki przetłumaczysz zobaczysz w niej pewnie jeszcze kilka ładnych razy, czyli utrwalasz je ciągle, w nowych kontekstach, użyciach. Ćwiczysz gramatykę, staje się bardziej intuicyjna i łatwiej później składać ładne zdania "ot tak". Oczywiście, można czytać artykuły itd., ale w wypadku kiedy ktoś lubi książki jest to świetna opcja. No i jaka satysfakcja po każdej skończonej historii! :D Jest taka prosta zasada, języka człowiek uczy się poprzez używanie go, a czytanie jest jednym z elementów używania języka.


1. Przyspieszyć je. Wiem, brzmi głupio, ale taka jest prawda :D Niestety większość audiobooków, szczególnie nagranych przez profesjonalistów jest wręcz boleśnie wolna. Zawsze odpływam myślami, kiedy audiobook leci zbyt wolno.
2. Robić coś jeszcze. Kiedy na początku próbowałam słuchać audiobooków zwyczajnie siedziałam i próbowałam się skupić. Po czasie zrozumiałam, że mój mózg zwyczajnie się nudzi, potrzebuje zajęcia, to wysprzątałam cały dom słuchając w tle Portretu Doriana Graya. I zadziałało. Polecam jakieś czynności nie angażujące zanadto myślenia, znaczy zmywanie, ćwiczenie (ściszam sobie Chodakowską i dawaj), kopanie w ogródku czy chociażby granie w Diamond Palace (jeśli dobrze nazwę pamiętam). 
3. Próbować się skupić na tym czego słucham. Z początku dla mnie to też było trudne, ale da się, naprawdę po czasie jest dużo łatwiej i staje się to przyjemne.
4. Dobrać właściwą książkę. Jeśli książka jest nudna zwyczajnie, to i tak nie będziesz chciał jej czytać/słuchać. Tym bardziej w obcym języku.
5. Dobrać właściwego lektora. Część z nich bełkocze, część ma irytującą intonację, inny ma akcent, którego nie mogę kompletnie przyswoić, a niektóre nagrania z domeny publicznej (np. www.librivox.org) mają taką jakość, że osoba niewprawiona nie zrozumie niczego i się zniechęci. Tak, zrobię post z polecanymi lektorami z librivox i to nie jeden :D
6. Nie zniechęcać się.


Chciałam zrobić cały oddzielny post w tym temacie, bo też mogłoby to być ciekawe. Ale proście a otrzymacie, więc...
A1/A2: na tym etapie doświadczeń nie mam, w sumie wtedy to oglądałam świnkę Peppę po angielsku i to był bardzo dobry wybór! :D Polecam.

Wszelkie młodzieżowe nowele, coś koło 30-50 stron. Forma jest krótka, więc nawet jeśli będzie dla Was to za trudne, to zwyczajnie szybciej potem pójdziecie dalej. Nie rzucajcie się od razu na klasyki literatury brytyjskiej, ale króciutkie młodzieżówki, czemu nie? Warto zaczynać od tekstów prostych i stosunkowo krótkich. Nie ma sensu rzucać się na coś długiego, bo się zniechęcicie.
A2: E. Nesbit The book of dragons <link do książki> Dużą zaletą jest, że książki są podzielone na oddzielne historie. Jedną można skończyć w krótkim czasie i zyskuje się większą satysfakcję i motywację, by brnąć dalej. Dodatkowo dla osób lubiących baśnie, kolejny plus. Słowa często się powtarzają, historie są pisane dla dzieci, więc język jest dość prosty. Osoby na A1 też mogą spróbować, nie zniechęcam, chociaż wiem, że będzie już nieco trudniej.
B1: Century Sarah Singleton powieść dla młodszej młodzieży, krótka, bo 220 stron. Język dość prosty, historia nawet niezła. Jeśli jesteście średnio-zaawansowani i chcecie dopiero zacząć czytać książki po angielsku, polecam.

B1/B2: N. Sparks The Notebook  Mi się podobało, może są inni zwolennicy Sparksa tutaj. Jeśli tak, polecam dla tego poziomu. Inne obyczajówki też będą odpowiednie.
J. L. Armentrout Obsidian z jednej strony nie wierzę w to, co napisałam, z drugiej... wiem, że są ludzie, którym taka literatura pasuje. Nie oceniam, niechęć do książki odkładam na bok, ale od siebie powiem tyle, że jeśli chodzi o język, to do tego poziomu pasuje. Książki temu podobne, na podobnym poziomie również powinny być ok. 
B2: L. M. Alcott Little Women Tak, wiem, klasyka blablabla... ale znów, niektórzy takie książki uwielbiają, jak ja. Historia dla mnie świetna, język naprawdę ładny. Warto, polecam. :) 

B2/C1: Dubliners James Joyce Jeden z moich ulubionych zbiorów nowelek. Szczególnie polecam <tego audiobooka>, z tym, że raczej dla osób wprawionych w słuchaniu audiobooków po angielsku, bo akcent piękny, ale nieco trudny do ogarnięcia na pierwszy moment.

Ja sama nie próbowałam, ale znam wiele osób, które uczyły się angielskiego z Harrym Potterem. Język rozwija się wraz z książkami. W końcu Harry najpierw był dzieckiem i w miarę z nim rozwijało się wszystko, więc może warto uderzyć tutaj? ;)


Na górze podałam kilka przykładów. Może dodam jeszcze tylko, że moją pierwszą książką była książka w Simple English, co jest całkiem dobrym rozwiązaniem dla początkujących. Wiele bibliotek je posiada, można je kupić całkiem tanio, w tym też używane. Dobrze jest wykorzystać taką formę "na start", a później zabierać się już za oryginalne teksty, żeby język faktycznie się rozwijał, szczególnie, że wtedy już trzeba samemu szukać słów itd., dzięki czemu tak naprawdę szybciej się uczymy.

Co do tłumaczenia słów, tu jest różnie. W audiobookach zwykle nie tłumaczę nic i uczę się jak najwięcej rozumieć z kontekstu. Przy książkach elektronicznych słówka tłumaczę do mniej więcej 1/3 albo połowy i się ich na bieżąco uczę (tak, wiem, długo to trwa), potem czytam już bez niczego i utrwalam w ten sposób słowa, których nauczyłam się wcześniej, bo tak naprawdę wiele słów się powtarza w danej książce, to już kwestia osobistego stylu autora. Książki fizyczne jeśli są długie zazwyczaj czytam tłumacząc słówka do 50 strony i dalej odpadam i czytam już tylko dla samej radości czytania. W sumie... chyba to samo powiedziałam wcześniej :D Dla mnie to jest akurat najefektywniejsza metoda ze wszystkich, ale warto sprawdzić czego Ty chcesz i co Tobie pasuje. Oczywiście i tłumaczenie słów i jego brak ma wady i zalety. Według mnie warto robić oba, jedną książkę czytać tłumacząc, inną odpuścić i czytać tak po prostu, a jak się już tłumaczy, to nie każde jedno słowo jakie jest nam obce.


To już zależy. Jeśli czytałaś coś, co naprawdę stało się Twoją ulubioną książką i masz ochotę to przeczytać jeszcze raz, czytaj. Jeśli nie masz ochoty po to sięgać drugi raz po polsku, to sobie odpuść i zacznij zupełnie inną historię. Jeśli masz się nudzić czytając, to nie ma to sensu, bo po prostu nie będziesz mieć motywacji do dalszego siedzenia nad tym. 
Istnieje przekonanie, że jeśli raz się coś czytało, to potem się tę książkę pamięta i jest łatwiej, bo sobie przypominać słowa jakie były użyte itd. Bzdura. Co ciekawe, zauważyłam, że najczęściej w ten sposób wypowiadają się osoby, które nigdy nie czytały w obcym języku. Prawda jest taka, że nikt nie zapamiętuje całej historii i każdego słowa, więc nie ma znaczenia, czy się czytało wcześniej to po polsku, czy nie, przynajmniej w mojej opinii. I tak będziesz nieznane słowa wyszukiwać, albo domyślać się z kontekstu. Tak więc znów doszłam do tego samego wniosku, wszystko zależy od osoby.


Można by też stwierdzić, to czemu nie wziąć książki po polsku, drugiej po angielsku i podpatrywać to, czego nie rozumiemy. Nie próbowałam, jeśli ktoś spróbował, niech da mi znać. Co prawda nie jestem pewna jakby to działało, bo jednak tłumaczenia są różnorakiej jakości i na własnych błędach uczymy się lepiej. 

Na grupie bookathonowej jakaś dziewczyna spytała o książki na początek przygody z angielskim i ktoś jej polecił coś <takiego>. Nie próbowałam tej serii i nie jestem pewna jak wyjdzie to w praktyce, ale wydaje mi się, że jest naprawdę ciekawe i warte spróbowania. (PS, dajcie znać, czy chcecie tego recenzję).



Czas jaki temu poświęcam oczywiście zależy od książki. Im prostsza, krótsza i bardziej interesująca, tym szybciej. Zazwyczaj jest to ok. miesiąca na książkę 200-300 stron przy książce, gdzie nie znam ok. 10 słów na stronę. Jeśli akurat trafię na zbyt łatwą, to jest to słowo, może dwa na stronę, którego nie znam i wtedy wychodzi praktycznie jak z książką po polsku. Dobrze dobrana książka do nauki powinna mieć ok. 7-10 słów na stronę nam nie znanych. Oczywiście w tym wypadku zależy to od tego ile czasu poświęcę na późniejszą naukę słówek, im szybciej ogarniam słówka, tym szybciej idę dalej, dlatego jedną zwykle "męczę" mniej więcej miesiąc poświęcając temu czas codziennie.
Jeśli tłumaczę, to tak, korzystam ze słownika cały czas, mając w pogotowiu ołówek i otwarty słownik internetowy, gdy tylko jakieś słowo jest mi nieznane, wyszukuję je i zapisuję na marginesie. Dla mnie ta metoda działa najlepiej. Inni wolą np. zaznaczać te słówka i sprawdzać je po czytaniu, żeby się nie odrywać od książki.

Na ten moment język angielski jest niejako moim drugim językiem, używam go codziennie przynajmniej po kilka godzin, zdarza się, że mam cały dzień zajęć po angielsku, potem robię swoje zadania na uczelnię, czytam coś po angielsku i jeszcze do tego oglądam jakieś filmiki w tym języku. Wygląda to tak, że czasem w takie dni się zapominam i do własnej matki mówię po angielsku. :D Z tego powodu mi jest dużo łatwiej się przestawić, siadam i po pół strony mam w głowie jakby przełącznik angielski/polski, który klika i mi wymienia oprogramowanie. Wtedy nie ma problemu. Czasem mam dzień, kiedy trudniej się jest przestawić i dopiero po parunastu stronach działa to jak należy.
A kiedy nadszedł moment w moim życiu, kiedy ten przełącznik się pojawił? Po obejrzeniu 10 sezonu Grey's anatomy w całości po angielsku i przeczytaniu pierwszej książki po angielsku (100 stron). 


Czyli na początku człowiek bardzo się męczy, ale im dalej, tym prościej. Z każdą kolejną powieścią jest łatwiej. Także weźcie coś krótkiego i w miarę prostego w dłoń i działajcie, bo warto.



Jeśli macie jakiekolwiek inne pytania, piszcie w komentarzach, bardzo chętnie na wszystkie odpowiem.

Stworzyłam grupę osób czytających po angielsku na facebooku, w kupie siła! Pomagajmy sobie, dyskutujmy, motywujmy się nawzajem. <klik> Będzie mi bardzo miło, jeśli będziecie chcieli mi pomóc utworzyć tę grupę, to raz, a dwa, jeśli to nam wszystkim pomoże. :)

Do napisania,
Nika